Nigdy nie sądziłam, że nasza kolejna dłuższa podróż po Azji będzie miała taki finał.. ba, nigdy nawet nie wierzyłam w to, że ja, taka niby zaprawiona w podróżach, polegnę od ukąszenia jednego wrednego komara (może dlatego, że zawsze miałam na sobie dziesiątki ukąszeń i nic się nie działo, nie wiem..). Takie sytuacje w życiu sprawiają, że człowiek jednak pokornieje i już nigdy nie przyjdzie mu do głowy powiedzieć komukolwiek: ”Jak stosujesz repelenty i śpisz pod moskitierą, to nie ma ryzyka” czy nawet: ”Denga to strasznie rzadka choroba tropikalna, a jak już Cię dopadnie, to przejdziesz ją jak grypę i po sprawie. Nie ma się czym przejmować.” Prawda jest taka, że żadne z tych stwierdzeń w moim przypadku się nie sprawdziło. Mało tego: ”moje” objawy dengi i przebieg choroby nie były do końca ”książkowe”, aczkolwiek moja choroba została sklasyfikowana jako ostry przypadek gorączki dengi (w moich papierach wskazali ”severe dengue fever”), czyli znalazłam się w statystycznych 10-15% zachorowań (80% przypadków przechodzi dengę ”bezobjawowo”, czyli zazwyczaj jedynie gorączkuje, czemu towarzyszy również przeziębienie).

Jakie są więc standardowe objawy dengi? Choroba ta przenoszona przez tzw. komary egipskie w swej ”wersji objawowej” dzieli się na 3 fazy: fazę gorączki, fazę krytyczną i fazę zdrowienia (tak jak na rysunku poniżej udostępnionym z Wikipedii).

Do listy wyżej wymienionych objawów w przypadku wersji najbardziej hardcorowej dengi (5% przypadków) wypadałoby jeszcze dodać: utratę przytomności, śpiączkę, krwotoki zagrażające życiu, wstrząsy oraz dysfunkcję narządów.

Jakie objawy miałam ja?

1) gorączka (w moim przypadku nie przekroczyła 40 stopni)

2) objawy ‘’ciążowe’’: nudności, rozdrażnienie pod względem odczuwalnych zapachów (wszystko mi śmierdziało) i smaków, brak apetytu, silne wymioty (zaczęło się od kilku razy dziennie, a najwyższa częstotliwość to 16 razy w 5-ym dniu), uczucie ciągłej senności i osłabienia, zawroty głowy

3) w 5ym dniu gorączki – wymiotowanie również krwią

 

W momencie kiedy zobaczyłam, że wymiotuję już krwią, wiedziałam, że nie ma co liczyć na samoistną poprawę mojego stanu zdrowia i sprawa jest już poważna-> trzeba zgłosić się do szpitala. W ramach dygresji, nie myślcie, że próbowałam przez te ostatnie 5 dni zgrywać twardziela i nie udałam się do lekarza.. Będąc jeszcze na Timorze Wschodnim kiedy zaczęłam gorączkować i miałam nudności zgłosiłam się do szpitala na tamtejszy SOR i przepisano mi paracetamol oraz jakiś lek przeciw wymiotom (z badań z krwi wynikało, że mój poziom leukocytów spada, więc lekarz zasugerował, że choroba może się rozwinąć i, że prawdopodobnie będzie to denga jeśli nie będzie poprawy po lekach, a w przypadku pojawienia się krwawienia z nosa czy ust miałam tym bardziej problemu nie bagatelizować i zgłosić się do szpitala). Obiecałam sobie tylko jedną rzecz: ”Jeśli wyląduję już w szpitalu, to musi to być w kraju z dobrymi warunkami szpitalnymi”. Idąc dalej, został nam tylko 1 dzień do lotu z Timoru Indonezyjskiego (z Kupang) na Bali,a stamtąd do Malezji; kolejnego dnia mieliśmy już wylądować na Tajwanie. Dzień 2 lotów był dla mnie tragiczny – to właśnie w tym dniu jak nie spałam w samolocie czy na lotniskach to wymiotowałam ponad 15 razy, nie mogłam nawet ustać przy check-inie na lotnisku (co chwilę latałam do łazienki na spotkanie z muszlą). Dolecieliśmy wreszcie do Kuala Lumpur, a tam już przy bookowaniu w hotelu musiałam uciekać od recepcji do najbliższej kanapy, żeby ułożyć się w pozycji leżącej, bo tylko tak ustawała u mnie chęć zwymiotowania się po raz enty. Jak już dolecieliśmy do pokoju, ruszyłam do łazienki i mimo, że już praktycznie nie miałam czym wymiotować, zwymiotowałam sok i wtedy zobaczyłam plamy krwi. Tego już było za wiele. Recepcjonista hotelowy podał nam nazwę najbliższego szpitala (akurat prywatnego), gdzie podjechaliśmy taksówką. Zrobiono mi tam od razu badania z krwi, nawodniono mnie kroplówką i stwierdzono poważne powiększenie  wątroby (wskaźniki Trasnaminitis oraz AST przekroczone około 16 razy!!!). ”Nie możemy Pani nigdzie wypuścić z tak spuchniętą wątrobą”, oznajmił lekarz, ”musi Pani zostać w szpitalu. Jako, że ten szpital jest prywatny i każda doba to spory wydatek, proponuję przewiezienie Pani karetką do publicznego szpitala, Serdang Hospital”. Tak też się stało.

 

3 dni w szpitalu Serdang

A miało być tak pięknie! Dopiero co spędziliśmy niesamowite 3 dni u wybrzeża timorskiej wyspy Jaco – raj nie z tej Ziemi! Ten niesamowity kolor wody wciąż przebłyskiwał w moich myślach.. A głos wewnętrzny nagle brutalnie sprowadził na ziemię: ”Obudź się, kobieto. Jesteś w karetce, która zapiernicza na sygnale”. Nawet nie pamiętam dlaczego nie było wtedy Michała ze mną, musiał chyba jechać na chwilę do hotelu, nie wiem. Dojechałam wreszcie do szpitala. Już było grubo po północy. Najpierw wpakowano mnie do jakiejś ogólnej sali, gdzie było strasznie tłoczno: wszyscy ludzie z rozmaitymi chorobami leżeli na swoich łóżkach w lekkim ścisku, było strasznie głośno. Co chwilę podchodził jakiś lekarz czy pielęgniarka i robił ze mną wywiad. Byłam słaba, ale nawet wtedy miałam już dość tych ciągłych pytań – w kółko to samo, jakby jeden drugiemu nie mógł przekazać informacji, które notował. Minęło trochę czasu i stwierdzili, że zabierają mnie na ICU, czyli Oddział Intensywnej Terapii. Wpakowali mnie do odizolowanego pokoju, przebrali w szpitalne ciuszki i zaczęła się mniej przyjemna część, czyli próba wkucia się w moje dłonie. Za czwartym razem się udało, bolało jak fiks. Czekało mnie jeszcze zamontowanie cewnika pęcherza moczowego – aj! Ale poszło.

Przy otwartych drzwiach zobaczyłam Michała kręcącego się po głównej sali.. Jest, wreszcie! Ulżyło mi:) Tak naprawdę nie mógł za długo ze mną być, bo tu na intensywnej terapii godziny wizyt są bardzo ograniczone (do 2 x 1,5 godziny w ciągu dnia, a tu wciąż była noc). Wywieźli mnie z izolatki na główną salę i znowu.., pytań 100, tych samych, chyba od 4 różnych osób. Poza tym wiecznie czułam się zmęczona, bo co godzinę mnie wybudzano, pobierano mi krew i przypominano: ”Proszę dużo pić, najlepiej 5 litrów wody dziennie! Na dengę nie ma lekarstwa. Musi się Pani nawadniać! Pani wątroba jest w kiepskim stanie wobec czego nie możemy Pani podać nic na zbicie gorączki. Sama musi Pani zwalczyć chorobę.” Zajebiście! To ja przekonana, że jakieś lekarstwo przecież musi istnieć na to paskudztwo, miałam nadzieję, że je otrzymam i będzie po sprawie. Wierzcie mi, że nawadnianie się było moim przekleństwem, zbierało mnie już na wymioty przy każdym podejściu do kubka wody. I jeszcze robić to co godzinę w ciągu doby?? Tragedia.

No to wystarczy tego zanudzania. W skrócie: moje 3 dni w szpitalu wyglądały tak: podpięta do wszystkiego do czego można było być podpiętym, włącznie z jakimiś elektrodami na klatce piersiowej, kroplówkami, które wspomagały nawadnianie, ciśnieniomierzem, cewnikiem, bez apetytu (4 razy dziennie podsuwali mi pod nos wypasione jedzonko, a ja nic), mega osłabiona nie potrafiłam nawet wytrzymać tych 2h wizyty Michała bez zmrużenia oka. Jeszcze mi pampersa chcieli wcisnąć, zgodziłam się na 3ci dzień, kiedy zaczęłam jeść, ale moja psychika nie dopuszczała myśli, że mogłabym z  niego skorzystać.. Czułam się jakby zdegradowana, ja, kobieta w wieku 33 lat, mam robić w pampersa?! No i nie byłam w stanie, po prostu. Co godzinę pobierano mi krew i dawano do analizy. Często powtarzały się pytania: ”Biegunka? Wysypka? Ból głowy? Bóle mięśni, stawów? Krwawienie z nosa? Wymioty? Ból brzucha? Nie?”, to ciągłe ”Nie” jakby ich dziwiło. Na 3ci dzień moje wyniki z krwi zaczęły się znacznie poprawiać, gorączka już nie była gorączką (około 37 stopni), pojawiła się wysypka plamista na rękach i nogach, i  przeniesiono mnie już na normalny oddział. To, co widzicie na 2 zdjęciach poniżej ( z lewej zdjęcie z Wikipedii, z prawej – moje własne) to właśnie wysypka plamista, która wg info w internecie powinna się pojawić w pierwszej fazie dengi. Guzik! W moim przypadku pojawiła się jak już zdrowiałam (może na zdjęciu tego nie widać, ale byłam czerwona jak kaczka po pekińsku 😛 i to głównie na rękach i nogach, nie na całym ciele) i to właśnie przez to, że się pojawiła, a moje wskaźniki wątrobowe zaczęły się polepszać, wypisano mnie ze szpitala. Każda pielęgniarka i lekarz zgodnie mówili: ”Wysypka oznacza, że denga już Pani nie zagraża. Jest dowodem na to, że choroba odpuszcza”. A internety swoje.. Wszędzie wyczytacie, że ta wysypka pojawia się w pierwszych dniach gorączki i należy czekać na fazę krytyczną.

Ostatnią noc na już ”normalnym” oddziale spędziłam w towarzystwie Michała. I dobrze, że ten mój Anioł Stróż przy mnie był! Kazałam pielęgniarce ściągnąć mi cewnik i chciałam już normalnie skorzystać z łazienki. No właśnie: chcieć to nie znaczy móc. Okazało się, że po 3 dniach leżenia plackiem moje nogi odmawiały posłuszeństwa, a wstając po chwili traciłam przytomność. Michał przytargał więc wózek inwalidzki i tak ze mną jeździł do toalety kilka razy w nocy, budził co godzinę z kubkiem wody w ręce – złoty facet! Na następny dzień nagle mi oznajmiono, że już mnie wypisują, a wysypka zapewne zniknie za tydzień. Na szczęście już mogłam normalnie chodzić.

 

Czego uniknęłam

Takie ekstremalne przypadki jak śpiączka, wstrząsy, konieczność transfuzji krwi, gromadzenie się wody w narządach (którą trzeba ”odciągać”), krwotoki z różnych otworów w ciele, m.in. dróg rodnych to nie mity. Takie sytuacje się zdarzają, co prawda w bardzo ostrych przypadkach, tzw. gorączki krwotocznej dengi, ale mają miejsce.

 

Co było najgorsze?

Bezsilność. Nigdy wcześniej w moim życiu nie czułam się tak słaba i bezsilna. Nigdy w życiu nie byłam też w szpitalu, a na podróżowanie po terenach z ryzykiem dengi patrzyłam (nie przesadzając) tak samo jak na polskie wakacje nad morzem. Mimo zwiedzenia już niemal 50 krajów, umówmy się, bagatelizowanie ryzyka jest po prostu niedojrzałe i w moim przypadku wynikało z tego, że nic takiego wcześniej mi się nie przytrafiło + doszło do tego zwykłe cwaniactwo. Nieważne jakie masz doświadczenie w podróży i, gdzie nie byłeś, czego nie robiłeś, nie uważaj siebie za nietykalnego/nietykalną – to zwyczajna głupota. I nie wstydzę się tego stwierdzenia: ja po prostu byłam durna, głupia, ale nie dlatego, że w ogóle zdecydowałam się wyjechać z Michałem w mniej turystyczne tereny (podróży nigdy nie będę żałować), tylko dlatego, że moja świadomość co do problemu była na poziomie dziecka z podstawówki. Ja, dorosła kobieta, to jedno, ale możecie sobie wyobrazić, że Wasze dziecko zapada na tą chorobę tropikalną i walczy o życie? Tak, trzeba pamiętać, że ta choroba ciężej dotyka dzieci i to głównie one znajdują się w tych statystycznych 5%ach autentycznie walczących o życie. Chyba do końca życia nie wybaczylibyście sobie Waszych ”wakacji życia” z maluchem. Nie chcę straszyć dengą. Chcę Was tylko uświadomić, że jest to ogromny problem, a teksty znajomych: ”Zwiedziłem z dziećmi pół świata i nic się nie stało” wyrzućcie do kosza. Jeśli chcecie jechać z małymi dziećmi w odleglejsze tereny z ryzykiem dengi, musicie naprawdę podjąć konkretne środki bezpieczeństwa (warto oprócz stosowania repelentów z dużą ilością DEET i moskitiery wybierać terminy wakacji w porze suchej, kiedy ”stężenie” komarów jest praktycznie znikome; poza tym w dżungli powinno się chodzić w długich spodniach i rękawach).

 

W czym ja mogłam zawalić?

Oczywiście stosowałam repelenty i spaliśmy pod moskitierą czy to w dżungli u Mentawajów czy na Timorze Wschodnim, ale tak czy siak byłam okropnie pogryziona przez komary. Niestety jestem z tych ludzi, do których leci cała chmara komarów i wystarczy chwila nieuwagi, chociażby moment kiedy jest się po kąpieli w rzece i jeszcze nie dojdzie się do chatki, żeby się wypsikać i może być po sprawie.

Przyznam też, że nie psikałam się repelentami non stop, ale starałam się to robić jak najczęściej, a w trakcie trekingu po dżungli miałam zakryte nogi, jednak uważam, że rzeczywiście zbyt luźno podeszłam do tematu i może przez to po prostu poległam. Piszę ”może”, bo tak naprawdę nie wiem gdzie to wszystko się zaczęło: czy w Indonezji czy na Timorze Wschodnim, jako, że gorączka może pojawić się nawet 2 tygodnie po ukąszeniu przez komara.

Co ze szczepionką na dengę?

Rzekomo istnieje już taka szczepionka i była testowana w kilku miejscach na świecie. Testowanie jej na Filipinach wywołało skandal, jako, że okazało się, że szczepionka była przeznaczona tak naprawdę dla dzieci w wieku od 9 do 16, które wcześniej już spotkały się z symptomami choroby. Wśród dzieci, które nigdy wcześniej nie chorowały na dengę, a zostały poddane szczepionce znalazły się ofiary śmiertelne! Najświeższe informacje na ten temat z wczoraj znajdziecie pod poniższym linkiem: https://www.npr.org/2019/05/02/719366831/dengue-vaccine-controversy-in-the-philippines?t=1556875516446

 

Jak żyć po chorobie?

Przerwaliśmy naszą podróż. Miał być Tajwan, Korea Południowa, byczenie się na malezyjskiej wyspie Langkawi i powrót do domu, czyli jeszcze miesiąc w podróży. Na szczęście nic nigdzie nie rezerwowaliśmy i nie mieliśmy wykupionych nawet lotów pomiędzy tymi krajami, strat było więc niewiele. Powiedziano mi, że jeszcze przez pół roku muszę uważać z wątrobą i w ogóle się oszczędzać przez najbliższe 2 tygodnie: żadnych sportów, alkoholu, a po przyjeździe do Polski mimo naprawdę dobrych wyników badań dalej czułam się jakby obchodzono się ze mną jak z jajkiem. To, co przeczytacie na internecie o skutkach ubocznych przez jeszcze 3-6 miesięcy po chorobie może się przytrafić, ale nie musi. Jedna blogerka utraciła 30% włosów, inni dostawali zadyszki przy większym wysiłku fizycznym, ja jak na razie nie szaleję, ale chodzę po mniejszych górkach w Polsce, i dzięki Bogu, póki co jest OK. W sierpniu w planach jest Orla Perć, a potem w październiku i listopadzie treking w Nepalu na Annapurna Base Camp (4130m npm). Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem:)

Podziękowania

W życiu nie spodziewałabym się, że dostanę tyle wsparcia w tych trudnych chwilach czasem nawet od osób, których na własne oczy nie widziałam, a są mi bliskie dzięki sile neta. CHCĘ WAM zwyczajnie PODZIĘKOWAĆ za to, że byliście i jesteście. Gdy leżałam w szpitalu w Kuala Lumpur i nie miałam nawet siły na to, żeby przeczytać ten ogrom wiadomości na facebooku podtrzymujących mnie na duchu, dzięki Michałowi wiedziałam jak blisko jesteście ze mną; a ten człowiek, wierzcie mi, tyle przeszedł ze mną, każde moje czasem wręcz durne pomysły, i teraz tym bardziej walczył o mnie i moje zdrowie jak lew, dosłownie nosił na rękach, wspierał, załatwiał wszystko jak tylko mógł mimo problemów z komunikacją po angielsku, budził co godzinę, żebym piła jak najwięcej wody i nie odwodniła się ( jak jesteś tak słaby, że ciężko Ci nawet kiwnąć palcem, a jest obok Ciebie ktoś, kto sprawia, że ta Twoja wewnętrzna iskiereczka nie gaśnie, to wierzcie mi, że w jednej chwili uświadamiacie sobie, że macie przy sobie największy skarb na całym świecie! takiego swojego Anioła Stróża). Ta podróż była najtrudniejszą ze wszystkich w moim życiu, niesamowicie pechową, o czym sami wiecie, ale w życiu tak czasem bywa, trzeba swoje przejść i działać dalej. 

Dzięki za każdą modlitwę, każdą pozytywną energię, którą mi przesłaliście, każde słowo, wspomnienie i wiarę w to, że wszystko będzie dobrze. Naprawdę takie rzeczy czuje się na odległość!

DZIĘKUJĘ

Poniżej materiał na temat mojego doświadczenia z dengą udostępniony w telewizji dla głuchoniemych:

Zachorowała na dengę w Azji

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *