W hiszpańskim mieście Alicante byłam kilka dobrych lat temu poza sezonem z moimi kumpelami. Mam stamtąd piękne wspomnienia – to na pewno. Wracając po tylu latach do prowincji Alicante miałam okazję zwiedzić w październiku 2019r. dwa inne miejsca, które moim zdaniem pobiły na łeb stolicę regionu. Mała czarująca Altea z ciasnymi uliczkami to absolutna perełka regionu, a Calpe (co prawda już miasto, a nie mieścina) to miejsce, które zaspokoi preferencje nawet największych marud dzięki swojej różnorodności: morze, piaszczyste i kamieniste plaże, jaskinie, park narodowy, laguna w centrum miasta z flamingami, otoczenie gór oraz słynna wapienna skała Penón del Ifach z fantastycznym widokiem na całe miasto. Michał przyjechał do tego regionu służbowo, dzięki czemu mogłam skorzystać i zwiedzić kilka miejsc, których nawet nie miałam na swojej liście, czyli tak po prostu, bez wygórowanych oczekiwań, co na pewno też miało wpływ na niezapomniane wrażenia:)

CALPE

Najbardziej zaskakującą dla mnie informacją na temat Calpe był fakt, że miasto zamieszkuje więcej obcokrajowców niż rodowitych Hiszpanów! Nie ukrywam, że ta wiadomość spowodowała, że niezbyt entuzjastycznie podeszłam do zwiedzania jego centrum i okolicy. Wydawało mi się, że nie będzie miało nic do zaoferowania i jest mało ”hiszpańskie”, a ja przecież uwielbiam pochłaniać kulturę hiszpańską wszystkimi zmysłami..! Niepotrzebnie tak surowo je oceniałam.. Owszem, rozwija się w strasznym tempie, turystyka napędza to miasto (w sezonie musi być tutaj niezły tłok), ale swoją niesamowicie różnorodną lokalizacją i rozwojem udowadnia, że nie bez powodu upodobali sobie je obcokrajowcy. W porównaniu do pobliskiego ”betonowego” Benidormu to naprawdę świetne miejsce do zamieszkania na dłużej.  O dziwo nie czułam w Calpe oczekiwanej stłumionej ”hiszpańskości”, ale rzeczywiście kulturowo najbardziej w tym regionie podeszło mi inne miasteczko, o którym za chwilę:)

Jestem z tych, co góry kochają bardziej niż może, ale jadąc gdzieś na wypoczynek potrzebuję morza tak samo jak górskich pieszych wycieczek. W Calpe znalazłam jedno i drugie, mało tego, na wieści, że w samym środku miasta znajduje się klimatyczne jezioro z flamingami, myślałam, że oszaleję! A wszystkie te cuda można było mieć niemal na wyciągnięcie ręki i do ogarnięcia jednym spojrzeniem z kapitalnej wapiennej skały Penyal d’Ifac (hiszp. Penón del Ifach) mierzącej 332m wysokości! Na szczyt dostaniecie się w 2h rozpoczynają odliczanie od tych ”bramek” na ujęciu po prawej (wstęp jest darmowy):

Zanim jednak dojdziecie do bramek trzeba podejść betonową drogą do góry (ujęcie po lewej), a potem będzie przyjemne podejście z coraz to bardziej wyłaniającymi się widokami (tu jeszcze spotkacie niektóre rodziny z wózkami), aż dotrzecie do wejścia do skalnego tunelu – od tego momentu pojawia się ”blokada’ przejścia m.in. na wózki, a dalszy szlak robi się bardziej stromy, z pomocniczymi łańcuchami, sznurami i elementami ”lekkiej” wspinaczki, czyli tym, co tygryski lubią najbardziej!:D

Natomiast to, co czeka Was na samej górze, to już absolutny hicior! W oddali górskie szczyty, a bliżej dostrzeżecie dwie plaże miasta: po lewej Playa Cantal Roig z pobliskim portem, po prawej Playa de la Fossa, a na samym środku miasta uwagę zwraca laguna z flamingami, do której dotarłam później, żeby przyjrzeć się z bliska tamtejszej faunie:)

Penyal d’Ifac leży na terenie parku narodowego i niesłusznie wśród mieszkańców ma opinię trudnej góry. Wiele osób mimo, że mieszka tam już kopę lat do tej pory nie wyszło na sam szczyt, zazwyczaj decydują się na podziwianie widoków zawracając ze szlaku przed słynnym tunelem. Żeby dotrzeć na sam szczyt trzeba poruszać się czerwonym szlakiem. Uważam, że uznanie tej trasy za łatwą to też lekka przesada jako, że widać, że sporo osób ma trudności z poruszaniem się na jej bardziej stromych odcinkach. Mimo, że natrafiłam na suchy dzień, to jednak skały przy schodzeniu są bardzo śliskie i potrafią dać w kość. Dobre buty na takie warunki to podstawa.

Wracając ze skały łapałam ostatnie promienie słońca na plaży Playa de la Fossa, a potem udałam się wreszcie nas Las Salinas, czyli lagunę z flamingami:

Poniżej jeszcze kadry z wieczornego spaceru po plaży i ulicami miasta, jak i lokalne smaki na talerzu czyli boquerones (szprotki), sangria, kalmary i ”nielokalne” pieczone żebro z Angusa.

Calpe poza swoją genialną lokalizacją i atrakcjami z niej wynikającymi ma do zaoferowania też m.in. wycieczki z nurkowaniem z butlą czy eksplorowanie okolicy i świata podwodnego łodzią ze szklanym dnem.

 

ALTEA

Altea to miasteczko, które zaspokoiło moją potrzebę znalezienia klimatu prawdziwej ”hiszpańskości”. W październiku było tam niesamowicie spokojnie, jedynie główna Plaza de la Iglesia gromadziła, jak to przy głównym rynku miasteczka zawsze bywa, najwięcej ludzi w okolicznych barach i restauracjach.

Altea to zupełnie inna bajka niż Calpe. Na upartego szybkim tempem można byłoby zwiedzić jej uliczki i masę punktów widokowych (hiszp. miradores) w godzinę. Jest naprawdę mała, ale w tej maleńkości tak prawdziwa i klimatyczna, że niejednego turystę zatrzyma na dłuższą chwilę.

Jak dla mnie, to absolutna perełka regionu, miejsce, którego nie radziłabym omijać, czy wykluczać z nawet tego bardziej napiętego grafiku! Będziecie zachwyceni! Warto byłoby spędzić choć jedną noc w jednym z tamtejszych domów wakacyjnych i wybrać się nad pobliskie plaże.

 

PUEBLO MASCARAT

To tutaj tak naprawdę zatrzymaliśmy się służbowo, stąd nie mieliśmy okazji sprawdzić żadnych dostępnych dla turystów noclegowni w okolicy Calpe czy Altei. Pueblo Mascarat jest bardzo spokojnym miejscem z niemal pustą kamienistą plażą. Jest tu bardziej dziewiczo, dziko.., do centrum Calpe jest stąd 8 km. Decydując się czy to na Pueblo Mascarat, Calpe czy Alteę warto pomyśleć o wynajęciu samochodu z lotniska w Alicante, żeby swobodnie móc zwiedzać okolicę.

2 Replies to “Calpe & Altea – prowincja Alicante to nie tylko Alicante!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *